KONKURS NA HASŁO STOWARZYSZENIA
Niniejszym ogłaszamy KONKURS NA HASŁO STOWARZYSZENIA.
Udział może wziąć KAŻDY. Zachęcam do twórczości dzieci członków Stowarzyszenia.
Kryteria, jakie hasło (motto) ma spełniać:
1. krótkie,
2. przyciągające uwagę,
3. pozbawione wulgaryzmów,
4. mające związek z pływaniem.
Ilość propozycji haseł: NIEOGRANICZONA.
NAGRODĄ GŁÓWNĄ dla zwycięzcy w konkursie jest uściśnięcie dłoni Piotra Maziewskiego (w przypadku konieczności korespondecyjnego wręczenia tej nagrody… coś wymyślimy).
Nagrodami dodatkowymi dla zwycięzcy są:
1. zaproszenie na lody od Prezesa Stowarzyszenia,
2. opublikowanie wywiadu ze zwycięzcą konkursu na naszej stonie internetowej.
Osoby wyróżnione (2) zostaną wymienione z imienia i nazwiska na stronie internetowej.
Samozwańczo powołuję Komisję Konkursową w następującym składzie:
1. Piotr Maziewski – Przewodniczący
2. Marcin Mykowski – Przyboczny
3. Daniel Kłos – Woźny.
Termin nadsyłania haseł konkursowych: do 30 września 2010 r.
Zgłoszenia nadsyłamy drogą mailową na adres: brunermar@wp.pl
Rozstrzygnięcie konkursu: do 14 października 2010 r. Komisja wyłoni zwycięzcę i przyzna 2 wyróżnienia. Z chwilą ogłoszenia wyników Stowarzyszenie zyskuje wyłączne i nieodpłatne prawo do publicznego posługiwania się hasłem, umieszczania go w pismach, publikowania w internecie itp.
ZAPRASZAMY DO UDZIAŁU.
Marcin
Sierpień 25, 2010 at 7:39 pm Krzysztof Korczak Dodaj komentarz
Film marketingowy Masterskiego Stowarzyszenia Pływackiego DWÓJKA Tczew!
Drodzy Państwo
Propozycja terminu spotkania na odkrytej pływalni w Tczewie jest następująca:
30 sierpnia 2010 r. godzina 16.30.
Bardzo proszę o zabranie wszystkich swoich trofeów: medali, pucharów, dyplomów itp. I oczywiście stroju do pływania!!!!!!!
Dzięki Krzychowi Korczakowi, który użył swoich kontaktów, będziemy mieli profesjonalną obsługę filmowo – montażową. Niestety nie za darmo (bo parafrazując Marka Kondrata, to tylko mamy za darmo, co zrobimy sami). Koszt, jaki zobowiązani będziemy ponieść, to łącznie 150 zł (sto pięćdziesiąt złotych) + koszty dojazdu kamerzysty do Tczewa. Zatem im więcej nas się zbierze, tym mniejsza kwota przypadnie na osobę.
Opcja alternatywna pokrycia kosztów:
W kasie Stowarzyszenia jest pewna kwota i możemy pokryć koszt produkcji filmu z tej puli. Ale tutaj konieczna jest decyzja nas wszystkich – po prostu zebranie i demokratyczne głosowanie – czy decydujemy się na wykorzystanie części naszych wspólnych środków na taki cel. Dopóki takiej decyzji nie będzie, obowiązuje opcja wyłożenia pieniędzy z własnej kieszeni.
Dlatego zgodnie z naszym statutem możemy uznać, że 30 sierpnia 2010 r. o godzinie 16.30 robimy na basenie zebranie i decydujemy o wydatkach. Proszę o przekazanie tej wiadomości tym osobom, nie mają dostępu do internetu albo też ta zdobycz cywilizacji nie stanowi dla nich priorytetu.
Niczego nie sugeruję – podsuwam tylko dwie możliwości rozwiązania sprawy.
Zapraszam do zabawy – bo tym właśnie ma być ten film. Zabawą. Poza tym, ludzie – przecież Antonio Banderas zaczynał tak samo
Pozdrawiam i do zobaczenia.
Marcin
Sierpień 25, 2010 at 7:33 pm Krzysztof Korczak Dodaj komentarz
Wyścig w Poprzek Fiordu Vejle 2010
Szanowni Mastersi
Tyle tekstów publikujecie na naszej stronie, że nie chciałem się wcinać. Ale w końcu czas przerwać to zawłaszczanie wirtualnej przestrzeni i wtrącić swoje 71 groszy.
Okazja ku temu zacna. Bo, proszę ja Was, wczoraj w Vejle w Danii odbył się wyścig szumnie zwany Wyścigiem Dookoła Fiordu. Trafniej byłoby „Wyścig w Poprzek Fiordu”, bo właśnie tak to się odbywało. W poprzek. Dumnie reprezentowałem MASTERSKIE STOWARZYSZENIE „DWÓJKA” TCZEW i poprosiłem speakera, żeby wymówił to po angielsku i po polsku. Muszę go pochwalić – starał się. Wersja polskojęzyczna wyszła mu wprawdzie jak coś takiego: !@#$%^&U*ihgfde#$%^&*i, ale jak na Duńczyka było ok i dostał punkt za samą próbę wypowiedzenia słowa „sto-wa-rzy-sze-nie”.
Jednak po kolei.
Zacznę od uderzenia się w pierś. Mea culpa – zaspałem na zawody w Sopocie dookoła molo. Zdarzyło mi się to pierwszy raz w życiu i obiecuję, że więcej niż 5 razy już mi się to nie zdarzy. Wpadłem na plażę o 12.05, gdy peleton był już na akwenie. Jedyne, co mogłem zrobić, to stanąć na mecie i patrzeć, jak zgarniacie nagrody. Wiem, że Ławryny i Krzychu Korczak byli wielbieni przez tłumy kibicek przy odbieraniu pucharów i wielkie gratulacje.
Powiedziałem sobie: zrehabilituję się na fiordzie w Danii.
Trochę o organizacji tych zawodów. Panie i Panowie! Do Ligii Arabskiej nam, a nie do Unii Europejskiej! Nie ubliżając Arabom. Przepraszam osoby, które w 2004 r. głosowały „UE – nie”. Mają możliwość wypowiedzenia się w komentarzach pod spodem. Ale ja akurat jestem ogromnym entuzjastą Unii i nie ma raczej siły, żeby mnie od tego odwieźć. Krótko: jeśli Wyścig Dookoła Molo wydawał się Wam fajną imprezą, to pomnóżcie to x 3, a zyskacie obraz zawodów w Danii.
Zdjęcia wkleję później, bo robiłem tylko komórką. Póki co, niech…niech obraz mych słów zastąpi Wam widokówki.
Ogłoszenie i regulamin zawodów opublikowane w necie podobnie, jak znamy to na codzień. Zgłosiło się prawie 500 zawodników – kryterium: ukończyć 14 lat. Mnie zarejestrowano pod numerem 473. Niestety droga to była impreza, bo 250 miejscowych koron, czyli około 125 -130 zł. Każdy zgłoszony zawodnik otrzymał 2 dni przed zawodami indywidualną informację, w której serii płynie (było 10 – ja w ostatniej). Serie co 15 minut. Każdy otrzymał przy rejestracji paczkę z gadżetami. W tym chipa, którego należało przypiąć do stopy. To był taki odpowiednik tablicy Omega na ścianie – na mecie należało wbiec na matę, co powodowało zatrzymanie czasu i automatycznie dawało aktualne miejsce w rankingu. Także pełne skomputeryzowanie. Poza tym chipy pełniły swego rodzaju funkcję zabezpieczenia, bo pozwalały monitorować, kto jeszcze jest na na wodzie.
Na plaży przed wyścigiem można było wypożyczyć pianki. Oczywiście za opłatą. Dopuszczono pianki ze względu na dużą ilość meduz i zagrożenie poparzenia. Ale meduz nie było jak rok temu, bo woda zimna.
Punkt medyczny, punkt żywieniowy (w ramach opłaty zupa, woda, banan, kawa, herbata). Wracając jeszcze do gadżetów: koszulka, czepek, próbki kosmetyków Axe, długopis… nie pamiętam co jeszcze, a dupy mi nie chce ruszyć, żeby sprawdzić. Chyba gumy. Do żucia. Więc raczej ta opłata startowa nie była wyłudzeniem. Tak mi się wydaje. Zapracowali Skandynawowie na te pieniądze. Poza tym 2 namioty na przebieralnie i namiot na przechowalnie osobistych rzeczy – więc nie trzeba było zabierać cioci do pilnowania gaci. Tylko że poziom bezpieczeństwa w tym kraju jest ustawiony na takim poziomie, że nie ma strachu zostawiać kluczyki w stacyjce (sprawdziłem). Ergo: komu przyszłoby do głowy kraść cudze gacie? No oczywiście Polakom, ale ponieważ byłem tam jedyny, więc nic im nie groziło. Ja swoich gaci miałem cały zapas. Z obcokrajowców zgłosili się też Niemcy, Szwedzi i Norwegowie. Ale śladowe ilości.
Jedną z najfajniejszych atrakcji tych zawodów był transport zawodników. Otóż ludzie z każdej serii byli przewożeni motorówkami ratowniczymi na drugą stronę fiordu, gdzie był start. Na motorówy trzeba było wsiadać już w pełnym rynsztunku. Ratownicy ładowali po 6-7 osób i jazda. Naprawdę fajna sprawa.
Dystans – ok. 1300 m.
Ewidentnie wody otwarte to nie mój klimat. No po prostu do kurwicy doprowadzały mnie fale, które z brzegu wyglądały jak marszczenie wody, a na środku fiordu miały metr wysokości. Poza tym przygotywać się do takich zawodów należy na morzu, w warunkach jak natrudniejszych, bo wiadomo, że im więcej potu na treningu, tym mniej krwi na zawodach. A nie na jeziorku w Siwiałce… Powinienem o to zadbać, tym bardziej, że ja prawie nigdy nawet na basenie nie startuję na długich dystansach. 400 kraulem w Gliwicach było wyjątkiem. Najwięcej sił kosztowała właśnie walka z wodą. Nie rozkładanie sił zgodnie z planem, tylko walka z wodą.
Miałem na sobie 2 kostiumy. Pierwszy to strój basenowy, taki full body i na to piankę Blue Seventy. Więc wiedziałem, że pierwsze wrażenie to będzie euforia: matko, ale ja zap….., pianka mnie niesie! Więc chodziło o to, żeby temu nie ulec, bo do przepłynięcia było 1,3 km. Fiord był przedzielony 8 bojami, wyznaczającymi trasę. Więc można było sobie wyznaczyć tempo zgode z bojami. Ale gdzie tam! Fale mają taki skutek, że nie pozwalają wpaść w rytm. Tymczasem „rhythm is a dancer” i na długim dystansie to widać jak na dłoni. Fale wytrącają z rytmu i męczą. I z całej taktyki zostały wióry.
Jednak pływanie na wodach otwartych i pływanie w basenie to dwie różne dyscypliny sportu, jak piłka nożna i hokej.
Pomny błędów z zeszłego roku, jak zaczeła się płycizna, zacząłem biec. Ale na bieg już k… nie miałem energii… Po prostu byłem wyczerpany dokumentnie. Jak woda sięgała do pasa, to zabrakło sił, żeby przebierać nogami. Nagle wraz z dotknięciem dna pojawiły się zakwasy.
I TERAZ NAJLEPSZE – UWAŻAJCIE!
10 metrów (może mniej) do mety. Przede mną dosłownie na wyciągnięcie ręki człowiek, którego jeszcze miałem nadzieję dognać. Ale po prostu nogi miałem z drewna. Nie czułem, że nimi przebieram. Potknąłem się o jakąś faleczkę i runąłem mordą w piach przed tłumem gapiów 10 metrów przed metą. Pamiętam ten ułamek sekundy, gdy już lecę w dół jak ścinane drzewo i myślę „przecież wystarczy nogę postawić pół metra dalej”. Ale nie dałem rady nawet centymetra! Taka sobie nagła utrata sterowności w członkach, coś jak paraliż. A gdy już leżałem, to nie potrafiłem wstać!!!!!!!!
Czas wciąż leci.
Podbiegł lekarz i ktoś z obsługi, czy wszystko w porządku (a wciąż nie ukończyłem wyścigu i czas leci!!!!), ja coś tam odburknąłem i tylko kątem oka widzę, jak koło mnie przebiegają faceci, których na wodzie miałem pod butem…
W końcu wstałem. Udało się. Doszedłem (nie dobiegłem, a doszedłem) do mety. Ludzie biją brawo za bohaterską postawę
:):):):) Lekarz cały czas koło mnie razem z pielęgniarką. Po przekroczeniu mety usiadłem na glebie i nic mnie nie obchodziło. A oni seria pytań: czy jestem na coś przewlekle chory, czy jakieś leki biorę, jak się czuję, czy mogę odychać etc. Ja im na to – dajcie mi tylko odpocząć, bo w nogach mam takie skórcze, że nie mogę chodzić. No więc zostawili mnie, ale kazali przyjść do punktu medycznego. Jak się TROCHĘ pozbierałem do kupy, zdjąłem z siebie te 2 szmaty, założyłem jakąś koszulkę i poszedłem do namiotu medycznego. Siedzi tam jakiś koleś i go pytam:
- Jesteś lekarzem?
on na to w śmiech i:
- Nie, ale chciałbym
:)
Jest już doba po zawodach, a wciąż boli mnie wszystko. Raz w życiu tylko miałem sytuację tak potwornego wyczerpania, że nie mogłem się ruszyć. To było 15 lat temu na Mistrzostwach Polski w Spale, gdy skończyłem 200 grzbietowym. Teraz był drugi raz.
Nie wiem dokładnie, które miejsce mi złapali, nie miałem ochoty sprawdzać. Zdaje się, że 21 albo 22. Była tylko kategoria OPEN wśród kobiet i facetów.
Jaki z tego morał, pytam się? Nie zakładaj chipa na stopę, bo wyrżniesz gębą w piach.
Pozdrawiam
Marcin
Tczew pływaniem stoi
Zawody się odbyły.
Tyle dobrego. Tzn „aż tyle”, zaważywszy że masterskiej imprezy na pływalni w Tczewie nie widzieliśmy od 2006 r.
Parę miłych akcentów należy odnotować. Największą wartością – jak zawsze – byli zawodnicy. Przy czym nie tylko z uwagi na wyniki, bo te akurat zależą od wielu czynników, w tym od jakości zjedzonego śniadania oraz starannego rozplanowania gospodarki fizjologicznej organizmu przed startem. Przecież wszyscy wiemy od IV klasy podstawówki, na czym polega przemiana materii i jaki jest jej związek z emocjami… Tu głęboki ukłon w stronę organizatorów zawodów, czyli WOPR TCZEW, za wzorową logistykę z powodu braku zatorów przy toaletach. Słowa uznania od ówczesnej grupy potrzebujących. Mamy nadzieję, że know-how w tym zakresie ma negocjowalną cenę, bo chętnie skorzystamy z doświaczeń w przyszłości. Atmosfera. To jest rzecz, która zawsze po zawodach pływackich zostaje w pamięci. Nie sepleniący spiker, nagłośnienie jak w kaplicy, czy nawet trofea, bo się potem kurzą na półce.
Atmosfera między wszystkimi, którzy zasiadają na trybunach i prowadzą zawody. Między publicznością i sędziami. Między zawodnikami i… zawodniczkami. I facetem puszczającym muzykę. Jeśli impreza była w stanie przyciągnąć na trybuny choćby 20-30 osób nie związanych z tym sportem, to już jest sukces. I w tym kontekście naczelnik zawodów Kamila Ormianin wykonała dobrą robotę.
Tu chciałbym samowolnie przyznać wyróżnienie organizacyjne z punktu widzenia zawodnika, który kilka razy podchodził do startu. Jak wiadomo, przed wyjściem na platformę startową zawodnik ma obowiązek zgłosić się do sędziego rozprowadzającego i pobrać kartę startową. Fukcję tego sędziego na zawodach pełniła Alicja Grabowska. Dwoiła się i troiła. Mimo młodego wieku i debiutu w tej roli, dała radę. Do ideału brakuje jej tylko siły głosu pewnej znanej trenerki.
W zawodach wzięli udział pływacy z Mołdawii. W natłoku emocji nie spytaliśmy, ile czasu zajęła podróż do Tczewa. Nie był to jednak przejaw niegościności, lecz skutek pogłębionych studiów nad urodą Moładawianek. Przyjechali poznaniacy, warszawiacy, zawodnicy z Gdańska, Gdyni i Sopotu, Bydgoszczy, Polkowic, Kutna, Elbląga, Torunia, Płońska i Kraśnika. Już choćby ten fakt sprawia, że Tczew jest światową metropolią. Jeśli to nie jest wystarczający argument, niech zamilknie wszelki głos wobec faktu, że nawet Bulwaru nam Wisła nie zalała! Jeszcze…
Na koniec parę słów do Mikołaja Kaczyńskiego (0:55,83 na 100 m. dowolnym): już Cię miałem na widelcu, tylko Bozia dała Ci dłuższy zasięg ramion i wygrałeś ze mną o 0,09 sek. (0:55,92)
Dziękuję za świetny wyścig, gratuluję wygranej i do zobaczenia przy wspólnej próbie bicia rekordu Polski w sztafecie 4 x 50 dowolnym.
Niebawem wywiad z Januszem Wasiukiem – zawodnikiem Masters Kraśnik, uczestnikiem zawodów – facetem, który sam jeden starcza za tłumy na trybunach
Marcin Mykowski
XV Otwarte Mistrzostwa Warszawy
Drodzy (i tani) Mastersi! 5-6 czerwca bieżącego Roku Pańskiego organizowane są zawody w okolicy Grodziska Mazowieckiego. Na szlaku między Elblągiem a Ostrowcem Świętokrzyskim. Termin, uważam, jest bardzo sympatyczny, a godzina rozpoczęcia rozgrzewki (16.00) pozwala się wyspać z piątku na sobotę i raźnym tempem 120 km/h wyruszyć z rana trasą nr 7 na Warszawę. Proszę rozważyć w domowych zaciszach start w XV Otwartych Mistrzostwach Warszawy w Pływaniu. W ubiegłym roku Andrzej Skorykow i Grzegorz Monczak rozstawili wszystkich po kątach. Ale wtedy nie było tam nas. Podoba mi się pomysł wyjazdu. Zbieram chętnych. Link z regulaminem: http://kania.opole.pl/m/kalendarz/warszawa10.pdf
Marcin Mykowski